Facebook

czwartek, 24 kwietnia 2014

płacz

Dzieci płaczą, to fakt oczywisty. Na początku tylko w taki sposób potrafią zakomunikować, że czegoś potrzebują, a Ty rodzicu przez jakiś czas błądzisz, chwil kilka tylko na szczęście, bo szybko zaczynasz rozumieć potrzeby swojego dziecka. Maluch rośnie, ilość jego potrzeb się zwiększa, bo wszystko chce poznać, dotknąć, zobaczyć, wypróbować, ale wprost proporcjonalnie rośnie także ilość sposobów w jaki te potrzeby ogłasza. Chociaż płacz i tak przez dłuższy czas wiedzie prym w większości sytuacji.

Z noworodkiem sprawa jest niby taka prosta, bo płacze gdy chce jeść, ma pełną pieluszkę lub jest zmęczony. I takie informacje początkujący rodzice zazwyczaj dostają od osób "doradzających". Ale czy tak faktycznie jest?
Owszem, w tych sytuacjach dziecko daje znać, ale poza nimi jest coś o czym się zapomina, coś według mnie ogromnie ważnego, jak nie najważniejszego - bliskość. Dziecko płacze bo chce się przytulić, poczuć mamę/tatę i czuć się bezpiecznie. Chce być noszone, tulone, kołysane tak jak wtedy gdy było jeszcze w matczynym łonie.
Ja pamiętam ten czas i jestem ogromnie szczęśliwa, że ufałam swoim instynktom a nie "doradcom", specjalistom od "wypłakiwania" i "wymuszania przez dziecko".
Właściwie przez rok nie wiedzieliśmy co to płacz dziecka, my słuchaliśmy potrzeb Miłosza i spełnialiśmy je bez zwłoki, a On był spokojny i zadowolony. Naokoło słyszeliśmy, że nam się trafiło takie bezproblemowe dziecko, bo jest spokojne, zadowolone i nie płacze.
Trafiło nam się oczywiście dziecko wspaniałe i idealne:

  • W wózku jeździć nie chciało, darło się w niebo głosy przez cały spacer, jeżeli musiało w nim leżeć. Chusta załatwiła sprawę doskonale, była niezbędnikiem używanym non stop, bez którego z domu nie wychodziliśmy, wózek poszedł w odstawkę. A my cieszyliśmy się spacerami nosząc syna w chuście, w późniejszym czasie zamienionej na nosidło.
  • Karmiony na każde żądanie, bez względu na to czy jadłam, sprzątałam, czy myłam się i cała mokra wyskakiwałam spod prysznica służyłam swą piersią zawsze i wszędzie nie ucząc niemowlęcia cierpliwości, każąc odczekać "bo mama musi to czy tamto". Czasami co piętnaście minut wzywanie, a każde karmienie trwające minimum pół godziny.
  • Budzące się w nocy miliard razy.
  • Spaliśmy razem w nocy, ale również w dzień jeśli była możliwość i chęć z którejkolwiek strony. Gdy była potrzeba, a często była, Mi spał albo mnie albo Bartkowi na piersi (i w dzień i w nocy).
Bliskość, bliskość i jeszcze raz bliskość. Nie można o niej zapomnieć. Kosztem domowych porządków, obiadków na czas czy innych wymyślonych "wymaganych" rzeczy. To wszystko poczeka, a dziecko? Pewnie też poczekałoby ale ile nerwów musiałoby je to kosztować? Ile łez musiałoby wylać zupełnie niepotrzebnie? Chociaż teraz możemy mu tych nerwów oszczędzić. Dostosować się do świata to nasze maleństwo z wiekiem będzie i tak musiało i nie raz będą to sytuacje niezwykle stresujące. I nie chodzi mi tutaj o "bezstresowe" wychowywanie - bo takiego nie ma, człowiek jest zbyt skomplikowany żeby przejść okres dojrzewania od narodzin do dorosłości bezstresowo, za dużo emocji nami kieruje żeby było tak cudownie - bez trudności. 
Myślę, że warto od najmłodszego pokazywać dziecku, że jesteśmy zawsze, o każdej porze może na nas liczyć i bez względu na wszystko pomagać mu przejść te wszystkie etapy wspierając. A tą ufność buduje się właśnie od początku, od narodzin.

Płacz, złość, niezadowolenie, frustracja te wszystkie emocje można ukoić i myślę, że kluczem do sukcesu będzie tu słuchanie nawzajem swoich potrzeb.




Wiem, że łatwo jest mi mówić takie rzeczy gdy posiadam jedno dziecko. Niedługo się przekonam jak jest z dwójką. Czy wszystkie nasze działania sprawdzą się przy większej ilości dzieci? Ale z pewnością się tym tutaj z Wami podzielę :)






Prześlij komentarz